środa, 9 maja 2012

Wywiad z Renatą z Sardynii


Zapraszam na rozmowę z Renatą Suchodolską, wiolonczelistką, przewodnikiem turystycznym,  tłumaczką i autorką książek od lat mieszkającej na Sardynii.

Zacznijmy od tego, jak to się stało, że znalazłaś się na Sardynii...         
Mieszkam na Sardynii od dziesięciu lat (z półtoraroczną przerwą na Londyn).  Przez ten czas ta magiczna wyspa stała się moim domem, moim miejscem na ziemi.  Nigdy bym nie przypuściła, że “skończę” tutaj.
Szczerze mówiąc, to nie wiedziałam nawet za bardzo, gdzie jest ta cała Sardynia – ojczyzna przystojnego Sardyńczyka, dla którego straciłam głowę.
Spotkaliśmy się w odległym od naszych krajów zakątku świata – gdzieś między Meksykiem i San Thomas, na statku wycieczkowym, na którym oboje pracowaliśmy. Grałam w trio klasycznym. Z zawodu jestem wiolonczelistką, ale nie ograniczałam się li tylko do muzyki tzw. poważnej. W trakcie studiów grałam w zespole “Maestro Trytony”, który był jednym z filarów nurtu “jass”, zrodzonego w Gdańsku i Bydgoszczy jako antyteza tradycyjnego jazz'u, podejmowałam działania jako kompozytorka. Jednocześnie studiując uczyłam języka angielskiego. Byłam w ciągłym ruchu: przemieszczałam się między uczelnią i szkołami, w których uczyłam angielskiego oraz jeździłam po całej Polsce z koncertami “Maestro”. Niekiedy byłam tak wykończona, że wieczorami padałam na łóżko w ubraniu i butach!



I łatwo było tak po prostu przenieść się na wyspę i zrezygnować ze „światowego” życia?    
Mój pierwszy pobyt na Sardynii miał charakter wyłącznie wakacyjny. Morze, wycieczki, restauracje. Byłam w siódmym niebie. Wszystko zmieniło się rok później, gdy przyjechałam na stałe. Mój narzeczony pracował, ja siedziałam w domu czekając na jego powrót. Przyzwyczajona do nieustannej aktywności nie mogłam znieść przymusowego bezruchu – zarówno w sensie fizycznym jak i zawodowym. Popadałam w coraz większy dołek. Czasami bez słowa wychodziłam w środku nocy z domu i włóczyłam się po ulicach rozmyślając nad sensem mojego pobytu na Sardynii. Olbia, bo w tym mieście mieszkaliśmy, wydawała mi się miejscem zacofanym, o niemal wiejskim charakterze. Nie wyobrażałam sobie mojego dalszego pobytu tutaj. Jedynym, co mnie trzymało był mój narzeczony, ale zaczynałam mieć wątpliwości czy poświęcenie swoje życia zawodowego, swojego rozwoju w imię miłości to nie za wysoka cena. Jakby tego było mało, rodzina mojego narzeczonego mnie nie akceptowała. Jego matka zapowiedziała wprost, że nie życzy sobie widzieć mnie w swoim domu. Dlaczego? Bo nie byłam “swoja”. Przekroczyłam próg domu teściów dopiero po siedmiu latach.

Czy starałaś się znaleźć tu jakąś pracę?   
Nie znałam włoskiego, więc uczyłam się go całymi dniami, ale moje wysiłki nie przynosiły widocznych, a raczej słyszalnych efektów. Tym bardziej, że z narzeczonym rozmawialiśmy po angielsku. Niemożność porozumienia się przygnębiała mnie. Wiedziałam, że nie miałam szans na żadną pracę bez przynajmniej podstawowej znajomości języka. Nie dość tego: w mieście, w którym mieszkaliśmy nie znaliśmy prawie nikogo, gdyż mój narzeczony pochodził z innej części wyspy. Na dodatek Polki miały tu nienajlepszą, mówiąc oględnie, opinię. Większość z nich pracowała w night klubach i gdy tylko mówiłam, że jestem Polką tasowano mnie znacząco. Nawet mój narzeczony wstydził się do mnie przyznawać, bo w pierwszym dniu pracy został przywitany “zabawnymi” żartami o Polkach. To wszystko sprawiło, że wzdrygałam się przed zaczepieniem kogoś mówiącego po polsku na ulicy. Dopiero, kiedy przed jedną z pizzerii (koło której przechodziłam wielokrotnie i słyszałam pracującą tam dziewczynę jak mówiła po polsku) nie zobaczyłam gromady około dwudziestu Polaków. Okazało się, że byli rodziną i przyjechali na ślub dziewczyny z pizzerii. A jak się okazało później miała wychodzić za mąż za kolegę ze studiów mojego narzeczonego! To była środa. W sobotę byłam na ślubie.

Ta przyjaźń wyrwała cię z monotonii...    
Od tego momentu zaczęłam patrzeć na Sardynię nieco przychylniej. Miałam wszak komu sie wyżalić! Po roku znalazłam sezonową, źle płatną pracę “na czarno” w restauracji. Mój narzeczony był jej przeciwny, ale ja się uparłam, bo chciałam wreszcie wyrwać się z domu. Pracowało się siedem dni w tygodniu od 10-tej rano do północy, a niekiedy do 3-ciej rano. Jedynym oddechem były dwie godziny przerwy na obiad. Wytrzymałam sześć tygodni.

           
A twoja muzyka? Nie brakowało ci grania?
Punktem zwrotnym w moim pobycie na Sardynii był koncert polskiego pianisty Mariana Miki. Po koncercie poszłam za kulisy pogratulować artyście i dzięki temu poznałam osobę, która zorganizowała koncert – miejscową pianistkę. Miała swoją prywatną szkołę. Uczyła w niej między innymi skrzypaczka z Amsterdamu. W sam raz na trio! Zaczęłam znowu grać. Podczas jednej z naszych prób w szkole pojawił się znany na wyspie manager muzyczny, który poszukiwał pianistki do nowo powstałego zespołu muzyki etnicznej “tutto al femminile” - tylko babki. Ponieważ pianistka nie była zainteresowana, zgłosiłam się ja. Wreszcie na coś się przydawał ten fortepian obowiązkowy! Z zespołem “Carla Denule” grałam przez cztery lata. Głównie latem, pod chmurką podczas tzw. Festa Patronale – odpowiednika naszych odpustów. Zjeździłyśmy najodleglejsze zakątki Sardynii, miejscowości zagubione głęboko w górach, czasami z zaledwie pięćdziesięcioma mieszkańcami.  Byłyśmy zapraszane do ich domów, jadłyśmy przy ich stole.
           
Miałaś też inne pasje i zajęcia...
Gdy wreszcie opanowałam włoski zaczęłam dawać prywatne lekcje angielskiego, a nawet pracować okazyjnie jako tłumacz. Największym wyzwaniem było tłumaczenie podczas konferencji promującej Polskę zorganizowanej przez Konsulat z Mediolanu. Musiałam tłumaczyć z angielskiego na włoski!
           
Powróciłam też do mojej pasji: pisania. Zaczęłam prowadzić blog www.dialogi-renifera.blog.onet.pl . W 2007 dostałam nagrodę w emigranckim konkursie literackim (druk w antologii "Na Końcu Świata Napisane")

A jak rozwijało się twoje życie towarzyskie?
Poznałam inne Polki. “Normalne”, jak pół żartem - pół serio się określamy. Dążąc za pomysłem jednej z dziewczyn założyłyśmy Sardyńskie  Kulturalne Stowarzyszenie Polsko-Włoskie. Działało przez parę lat. Potem sytuacje rodzinne zmusiły nas do zawieszenia jego działalności. Obecnie Stowarzyszenie jest w zawieszeniu od chyba trzech lat.
Największą trudnością w naszej działalności było zdobycie funduszy i przekonanie Polaków do uczestnictwa w proponowanych zajęciach. Zazwyczaj jako organizatorzy wykładalismy z własnej kieszeni. Popularnością cieszyły się wydarzenia kościelne: msza bożonarodzeniowa z dzieleniem opłatkiem lub święconki. Niestety kontynuowanie nawet tych kilku działań uniemożliwia obecność na miejscu polskiego księdza. Jest ich kilku na Sardynii – z tego, co wiem na archipelagu La Maddalena oraz w San Pantaleo. Był jeden w Cagliari. Czy są inni? Jeśli są, niech się odezwą!
Spotykamy się więc z rodakami nieoficjalnie, towarzysko, przyjacielsko. Czy działalność stowarzyszenia się odnowi? To pokaże czas...



Tymczasem twoja rodzinka też się powiększyła...
Mam 2,5 letniego synka, który na pytanie “Sei italiano o polacco?'” odpowiada “Io sono sardo!” :) (Jesteś Polakiem czy Włochem? Ja jestem Sardyńczykiem!)

A ja? Ja też!

Jak dobrze poznałaś przez te lata Sardynię i jej język?
Wraz z moim odżywaniem budziło się też zainteresowanie Sardynią i jej tajemniczą przeszłością – duża w tym zasługa koncertów. Zaczęłam czytać, uczyć się i udało mi się zostać licencjonowanym przewodnikiem turystycznym. Na całej Sardynii jest nas zaledwie dwójka polskojęzycznych (ja i Ania z Cagliari). Pracuję głównie w języku angielskim, ale zdarzyło mi się kilka wycieczek po polsku.
            Zaczęłam prowadzić bloga o Sardynii: www.poloniasardynia.blox.pl  Piszę też w rubryce “Dziennik Matki” na blogu www.mumsfromlondon.com
            Jak dotąd nie nauczyłam się sardyńskiego. Znam kilka podstawowych wyrażeń, rozumiem „co nieco”. Problemem jest istnienie kilku wersji dialektów języka sardyńskiego. Pisałam o tym na moim blogu, w zakładce “język”. Z pewnością naukę sardyńskiego mam do nadrobienia.

Jakie są twoje plany na przyszłość?
W moich planach na przyszłość jest wydanie co najmniej trzech książek. Jednej “poważnej”, z opowiadaniami - ciągle się piszą (kilka z nich zdobyło nagrody lub wyróżnienia na konkursach literackich), drugiej, “z przymrużeniem oka” - z zapiskami matki (patrz: blog mumsfromlondon) i trzeciej, “specjalistycznej” - rodzaju przewodnika po Sardynii. Mam nadzieję, że uda mi się z dwiema pierwszymi do końca tego roku. Przewodnik planuję na rok przyszły.

Nie zrezygnujesz chyba z muzyki?
Co do muzyki...gram w tej chwili w duo z moją koleżanką skrzypaczką z Holandii, od czasu do czasu nagrywam coś niewielkiego na płyty przyjaciół. Jednak z powodu ograniczeń czasowych, póki nie uporam się z książkami, nie podejmuję bardziej zobowiązujących  działań na polu muzycznym. (nie licząc edukacji muzycznej mojego synka!)



Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę spełnienia wszystkich marzeń.

Z Renatą Suchodolską rozmawiała Agnieszka B. Gorzkowska         

6 komentarzy:

  1. Niesamowita histoia pani Renaty!! Bloga o Sardynii podlinkowalam na Mojej Toskanii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje za linka. Ja tez wstawiłam Toskanię. :)
      Renata

      Usuń
  2. Nasza Renata! Dzielna dziewczynka!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Podzieliłam się tym artykułem na naszym facebooku
    https://www.facebook.com/AlgheroService?ref=hl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotarło do mnie jakimis kanałami. Dzięki! :)
      Renata Suchodolska

      Usuń
  4. Wiec i dla mnie jest nadzieja....

    OdpowiedzUsuń